KUŹNIA NAPOLEOŃSKA, czyli hodowla z kawalerki
Czytałam już kilka artykułów traktujących o hodowlach moich kolegów i zawsze miałam jakiś niedosyt, czegoś mi brakowało. Teraz, kiedy sama stanęłam przed takim zadaniem, widzę jak bardzo jest ono trudne.
Jak to zrobić, aby nie było to suche wyliczenie rodowodów, ani czułostkowa paplanina?
No, ale cóż. Raz kozie śmierć!
Nie będę oryginalna stwierdzając, że odkąd pamiętam, zawsze chciałam mieć psa. W wieku 5 lat sprecyzowały mi się gusta i - w marzeniach - byłam właścicielką, większego ode mnie doga o poczciwym spojrzeniu.
Gdy miałam 12 lat Tato zlitował się nade mną i podarował mi sukę rasy "cundelbury", na której przetrenowałam swoje umiejętności pedagogiczne (z całkiem, zresztą, niezłym skutkiem).
Funia - bo tak się owo zwierzę nazywało - spędziła ze mną czternaście najważniejszych lat mojego życia.
Los był dla mnie łaskaw na tyle, że postawił na mej drodze mego męża - Janusza Gabrysiaka, który wśród swych licznych zalet miał tę najważniejszą: był psiarzem i właścicielem hodowli "z Kuźni Napoleońskiej".
|
|
ANDROMEDA z Kuźni Napoleońskiej |
Dogi niemieckie urodziły się w tej hodowli jeden raz, 2 kwietnia 1972 roku po arlekince GALII od Lessi i Zwyc. CAPRICCO z Błękitnej Raduni. Potem nastąpiła długa przerwa.
Po śmierci Funi (w 14-stym roku życia) zaczęłam szukać do domu tego wymarzonego doga. Miał on spełniać cztery podstawowe warunki: być żółtą suką, być "podchowanym" szczeniakiem (ze względu na nasze małe dziecko) i - co było dla mnie najważniejsze - mieć dobrą psychikę. W końcu, po długich poszukiwaniach trafiłam, przez Związek Kynologiczny, do kol. Ireny Goreckiej-Pierzchanowskiej (hodowla Akwaforta), która szukała domu dla suczki po FULL-u Santana i swojej urodziwej COLLINE Santana (córce HOSS-a v. Bad Rappenau). Zadzwoniłam i dowiedziałam się, że suczkę trzeba odebrać od poprzednich właścicieli, którzy źle ją traktowali. Mniej więcej w drugiej godzinie rozmowy wiedziałam już o zwierzaku wszystko - przede wszystkim to, że ma świetny charakter a na tym zależało mi nawet bardziej niż na eksterierze. Podjęłam decyzję - kupuję.
W ten sposób weszły w moje życie dwie, nowe i ważne osoby przyjaciółka na którą, przez czternaście lat naszej znajomości, zawsze mogłam liczyć (i nie poróżniły nas ani wystawy, ani szczeniaki, a wiadomo, różnie to bywa..., pozostała też pewna tradycja - od tej pierwszej rozmowy już zawsze gadamy przez telefon nie krócej niż dwie godziny) oraz
BAJA BONGO Akwaforta - najwspanialszy doży charakter, jaki do tej pory spotkałam.
Przyjechała biedna, chora i wychudzona (mając siedem miesięcy ważyła 30 kg), musiała być bita, bo przez pierwsze dni bała się gwałtownych ruchów. Psychicznie doszła do siebie bardzo szybko, ale doprowadzenie jej do zadowalającej kondycji fizycznej zajęło mi ponad 10 miesięcy. Wyrosła na sukę niewielką, o tzw. sportowej sylwetce i wspaniałym ruchu. Warto dodać, że BAJKA i nasza córka Kamila stanowiły nierozłączny duet. BAJKA była pierwszą towarzyszką zabaw i psot naszej małej i jej bardzo uważną opiekunką. Była psią osobą, spokojną, dobrą, ale dumną, nie pozwalającą - tym, których nie lubiła - na zbytnie poufałości.
Nawet nasi podopieczni (pracujemy z trudną młodzieżą) wspominają właśnie ją. Po latach wydaje im się większa, piękniejsza, no i najmądrzejsza na świecie! BAJKA była dobrym duchem naszego domu.
W 1986 roku, w wieku 3 lat, BAJKA została pokryta efektownym synem MAGNATA Jaspis i
ARLETY AGATY Atlantyk - Ch.
HUMUSEM HOLMEM Haakon. Z tego połączenia urodził się miot "G", z którego pochodził m.in. urodziwy, lecz nie wystawiany
GNIEWKO,
Zwyc. Polski; Zwyc. Rasy
GRANIT oraz pozostawiona w hodowli
GULDYNKA.
Pozostawiona przypadkiem, bo - szczerze mówiąc - nie miałam specjalnych planów hodowlanych. Przypadek ów polegał na tym, że któregoś wieczora , w czasie ostatniego spaceru z psami zostałam zaatakowana przez dziwnie wyglądającego mężczyznę. Obroniła mnie ośmiomiesięczna GULDYNKA i mój mąż już nie pozwolił jej sprzedać.
DZIUDZIA, bo tak ją nazywamy, była zwierzęciem bardzo żywym i przebojowym. Aby rozładować i właściwie ukierunkować jej temperament postanowiliśmy gruntownie ją "wykształcić". Okazała się bardzo pojętną uczennicą i w wieku dwóch lat miała już za sobą kursy PT i PO.
Zabawa w szkolenie spodobała się tak moim psom, jak i mnie. Biegałyśmy nad Wisłę trzy razy w tygodniu. Kama jeżdziła na rowerze a ja maszerowałam w szeregu z dwoma dogami przy nodze. DZIUDZIA uwielbiała zajęcia z pozorantem, natomiast BAJKA miała do tego stosunek ambiwalentny. Patrzyła na nas z lekkim politowaniem i zdawała się pytać: czy wy nie wiecie, że to wszystko to udawanie? Ona sama reagowała na pozoranta tylko w sytuacji bezpośredniego ataku na mnie lub moją, podówczas sześcioletnią, córkę. Tego nie tolerowała nawet jeśli nie było "naprawdę".
Muszę przyznać, że bardzo cenię sobie te szkolenia (poza tym, że są świetną zabawą i treningiem dla psa i jego pana). Młody pies bardzo się tam socjalizuje, umie się potem zachować w dużej grupie ludzi i innych psów (chociażby na wystawie). Łatwiej i pewniej żyje się z psem, którego sprawdziło się w pewnych ekstremalnych okolicznościach, wiadomo jak zareaguje, czego można się po nim spodziewać. Pewien Pan Treser napisał kiedyś, że doga nie można odwołać z ataku, że jest potem niebezpieczny i że w związku z tym przewodnikiem psa tej rasy powinien być mężczyzna.
Moje doświadczenia nie pokrywają się z Jego zdaniem. Szkoliłam wszystkie swoje suki (zawsze osobiście) i zauważyłam, że każda z nich bardzo się tonowała, wyrównywała po takich zajęciach. Nie mówiąc o tym, że z pozoru nieprzydatne w życiu elementy szkoleń, jak np. praca węchowa, także się przydawały, kiedy DZIUDZIA znajdowała zgubione w śniegu klucze, czapkę dziecka, czy rękawiczki.
DZIUDZIA po raz pierwszy została matką w roku 1989. Ze skojarzenia z importowanym przez Magdę Michałowską
ELMO vom Spektrum (
SHINE des Terres de la Rairie x BENTE vom Spektrum) urodził się miot "H", z którego najbardziej obiecująca HUSARIA dokonała żywota na parwowirozę, a
HORPYNA i
HELLADA pokazały się tylko w klasie młodzieży (2X Zw.Pl.Mł.). Karierę wystawową zrobił natomiast
HARPAGON zdobywając
Championat Polski a w rok później, jako pierwszy polski żółty dog, uzyskał tytuł
Interchampiona (ukłon w stronę Izy i Jurka Konopków).
DZIUDZIA była jeszcze kryta dwukrotnie. Raz Ch.
IGNORANTEM z Sosnowego Lasu (
Zwyc. Św., D.Ch. ELGO vom Ferndorftal x Ch.
FINEZJA z Sosnowego Lasu) - niestety najbardziej urodziwy INFANT spędził życie pilnując posiadłości swych państwa, INKLUZ wyjechał do Francji, a żaden z pozostałych w Polsce psów nigdy nie ujrzał wystawy.
Kolejne krycie odbyło się w 1992 roku, z udziałem
URIESA von Haus Tiefenbach (
ELIOTT vom Schloss Laupheim x
PRETTY vom Eulenspiegel).
Z tego miotu pozostały w hodowli dwie suki:
Zwyc. Klubu,
Najpiękniejszy Dog Wystawy Klubowej '94 -
JANCZARKA, oraz brązowa medalistka tejże wystawy
JÓZEFINA.
JÓZEFINA (zwana w domu Pasią) kontynuowała szkoleniową tradycję swej mamy i babci. Na początku była rozśmieszaczem grupy (ponieważ jest urodzonym "dyskutantem" i na każde moje słowo miała dwa własne), ale koniec był zaskakująco przyjemny. Ukończyła kurs, pozostawiając w pobitym polu owczarki, rottweilery, sznaucery - jako jedyna z oceną doskonałą i złotym medalem. Bardzo z tego byłyśmy dumne. Obie!
Pasia jest psem "na niepogodę", ma zawsze dobry humor, który udziela się całemu jej otoczeniu. Mimo swych pokaźnych rozmiarów (86 cm w kłębie i 68 kg wagi) zachowuje się jak szczeniątko i jest "osobą" niezwykle komunikatywną.
Wszyscy domownicy mają do niej słabość. Już nie mam siły reagować, kiedy widzę, jak moja, dziś już piętnastoletnia córka daje suce w fafel buziaczka "z dubeltówki".
W ub. roku
JÓZEFINA była pokryta Zwyc.
Brillians MARCO POLO. Miot nie był zbyt liczny, ale sprawiał wrażenie udanego. Miło mi będzie, jeśli szczenięta z tego miotu zagoszczą na ringach w sezonie wystawowym '97.
JANCZARKA również odwiedziła pewnego psiego gentlemana, ale wizyta ta okazała się być wyłącznie towarzyską. Zamierzam powtórzyć krycie w tym roku (mam nadzieję z oczekiwanym skutkiem).
Wszystkie moje mioty odchowywane były w naszej maleńkiej kawalerce. W pierwszej chwili trudno to sobie wyobrazić, ale przy odrobinie organizacji (i oczywiście akceptacji domowników) może to być całkiem przyjemne przedsięwzięcie. Moje szczeniaki nie są z reguły nawet odgradzane, więc tak jak starsze psy, uczestniczą we wszystkich wydarzeniach jakie dzieją się w domu. Bardzo im to dobrze robi (nam czasem mniej), są ciekawskimi, odważnymi psiakami, całkowicie pozbawionymi kompleksów. Problem zaczyna się wtedy, kiedy są na tyle duże, by wdrapać się na kanapę. Po prostu w pewnym momencie zaczyna brakować miejsca dla nas. Zdarzało się już, że mój mąż wchodząc do pokoju z kubkiem herbaty rozglądał się bezradnie, gdzie by tu usiąść, bo kanapa i oba fotele były zajęte.
Gdy wracam myślą do tych wszystkich lat spędzonych z dogami, największą dumą napawa mnie fakt, że
GULDYNKA weszła wiosną ub. roku w jedenasty rok swego życia, ciesząc się dobrym zdrowiem i młodzieńczym temperamentem. Psy są istotnym dopełnieniem mojego życia, w którym (z racji wykonywanego zawodu) co dzień dzieje się wiele, nie zawsze prostych i miłych, zdarzeń. Są pełnoprawnymi członkami rodziny. Wszystko cokolwiek planujemy zaczyna się od pytania: czy można z psami?
To, że obie "dziewczyny" z upodobaniem wylegują się na kanapie, nie dziwi już nikogo z rodziny i znajomych. Czasem tylko, w czasie "proszonych przyjęć" zdejmuje się ukradkiem psią sierść z czarnych ubrań gości, burcząc pod nosem, że następny dog będzie czarny.
Kiedy zderzamy się w kuchni, obiecuję psom, że pozamieniam je na koty, ale tak naprawdę nie wyobrażam sobie już domu bez tej ciężkiej, ciepłej głowy na moich kolanach, kiedy czytam, bez uważnego spojrzenia dwóch par oczu, kiedy nie jestem w dobrym nastroju.
Dogi wrosły w atmosferę mojego domu i tak już pewnie zostanie.
W kilka lat później...
Minęło kilka lat od napisania poprzedniego artykułu. Prawda, nadal nie wyobrażam sobie życia bez dogów. Ale to już inne pary oczu śledzą moją domową krzątaninę, to już inne głowy opierają się na mych kolanach. Nie ma już Dziudzi, ani Pasi - matki moich obecnych psów. W miejscu, gdzie śpią leżą w ogrodzie wielkie kamienie...
Stracił też na aktualności tytuł "...hodowla z kawalerki." Mieszkamy teraz 28 km od Warszawy, w starym wiejskim domku otoczonym sadem, nad którym górują leciwe orzech i kasztanowiec. Moje zwierzaki mają dla siebie wcale pokaźny ogród oraz możliwość spacerów nad Wisłę, do której mamy ok. 1 km.
Są teraz z nami:
LULEYKA - córka Pasi (
JÓZEFINY) i
ANGELO von der Horst, "osoba" prostolinijna, przyjaciel świata, obdarzona nie licującym z jej rozmiarami temperamentem. Z racji tychże rozmiarów (86 cm; 74 kg) zwana w domu Dziewuchą. Lulka dwa razy obdarzyła nas potomstwem (ojcowie to:
JADIS des Petites Vernieres oraz
ZEP v.d. Lingestreek), na którego jakość nie mogę narzekać.
MACIEJKA - jedyne żółte stworzenie, delikatna, niezwykle spontaniczna "przylepka", wykorzystująca każdą okazję by obdarować nas błyskawicznym, nieco zbyt wilgotnym buziaczkiem - a z drugiej strony najbardziej obronny pies w naszym domu. Po wcześniejszych niepowodzeniach obdarzyła nas trzema prześlicznymi synkami, których ojcem był
ZUMO de Garaba.
MAKOWIEC - pierwszy "facet" w mojej kynologicznej karierze. Bardzo poważny metodyk. Wszystko do czego się zabiera najpierw obejrzy, przemyśli, oceni - niezależnie od tego czy jest to kwestia "rozpracowania" płotka odgradzającego ogród "psi" od "ludzkiego", czy też nieprzychylnie nastawiona kandydatka na żonę. Wypada dodać, że efekty są zawsze pozytywne! Maczek krył już 14 suczek i tyleż razy został tatą. Jego (i moim) wielkim sukcesem było zainteresowanie nim znanych niemieckich hodowców (hodowle: vom Schloss Laupheim, vom Emsufer, Colossal). Dzieci z tych połączeń mają już pierwsze sukcesy na niemieckich wystawach. Mak jest w psim stadzie szefem.
MAKÓWKA - córka Makowca z pierwszego małżeństwa, najmłodsza, przesłodka suczka, rozbrajająca wszystkich spojrzeniem skrzywdzonego dziecka. W domu spokojna przytulanka, na dworze diabeł wcielony. Na spacerze potrafi zamęczyć nawet Lulkę. Makówka i Lulka to "zestaw turystyczny nr 1"- psy na baterię słoneczną. Niezależnie od długości spaceru one cały czas pozostają w aktywności.
MIŚMIŚ - popełniłabym wielkie faux pas nie wspominając jeszcze jednego psa. Przyszedł do nas trzy zimy temu biedny, chory, wychudzony. Bał się każdego gwałtowniejszego ruchu - zwłaszcza w wykonaniu mężczyzn. Teraz jest gospodarzem podwórka i nie jest już ani biedny, ani chory, a już na pewno nie chudy (bo jakoś nie umiem nałożyć do miski mniej niż "dogową" porcję). Miśmiś jest wiecznie uśmiechniętym skierdowskim owczaryszkiem, a pełni funkcję "systemu wczesnego ostrzegania".
MiśMiś
A teraz garsteczka niekynologicznych ciekawostek.
Nasze psy miały też swoje aktorskie "pięć minut":
GULDYNKA grała w spektaklu Teatru TV "Thomasso di Cavalieri" w reżyserii Rolanda Rowińskiego,
JÓZEFINA popełniła epizod w znanym serialu komediowym "Posterunek 13",
a wizerunek
MACIEJKI widniał na plakatach i stendach do filmu "W pustyni i w puszczy".
Joanna Mróz Gabrysiak